Strona główna
>
Newsy
>
Czy można naprawdę kontrolować Internet? Chiny wierzą, że tak
"Czy można naprawdę kontrolować Internet? Chiny wierzą, że tak". |
2010-12-07 |
Wśród ujawnionych przez Wikileaks raportów służb dyplomatycznych USA znalazł się jeden, który rzuca ciekawe światło na mechanizmy internetowej cenzury, najskuteczniej do tej pory wdrożone w Chinach. Ambasada USA w Pekinie poinformowała 18 maja 2009 r. centralę o szoku, jakiego doświadczył jeden z najwyżej postawionych członków chińskiego Politbiura, gdy odkrył że może przeszukać zasoby Google'a pod kątem swojego nazwiska i znaleźć rzeczy bardzo dla niego niekorzystne.
Ustrój ChRL trudno zdefiniować ? odbiega on od wszystkiego, co zna Zachód. Reżim w Pekinie nie przypomina nepotystycznych dyktatur z krajów arabskich. Kluczem do objęcia wysokiej pozycji jest nie tylko wierność linii partii, ale też umiejętność podejmowania własnych inicjatyw i osiągania sukcesu. Politycy chińscy to przede wszystkim pragmatyczni menedżerowie, działający w wysoce konkurencyjnym środowisku, w którym jeden błąd może oznaczać koniec kariery ? a czasem i koniec życia.
Nic dziwnego, że chińskich przywódców ogarnęła, jak pisze New York Times, ?obsesja sprawdzania siebie w Google?. Zaczęli oni w ostatnich latach postrzegać Internet jako zagrożenie dla swojej władzy, a jednocześnie jako broń, dzięki której mogą zdobyć informacje o swoich rywalach, szczególnie Stanach Zjednoczonych.
Stąd też kolejne z ujawnionych przez Wikileaks raportów mówią o staraniach Li Changchuna, wspomnianego członka Politbiura, który po tym, jak zobaczył, co można na jego temat znaleźć w Google, osobiście zaangażował się w wojnę z Mountain View i nadzorował ataki wymierzone w chiński oddział giganta. Prawdopodobnie też miał coś wspólnego z cyberatakiem z początku 2010 roku, wymierzonym w korporacyjną sieć Google'a, który przyniósł napastnikom adresy e-mailowe chińskich dysydentów i dostęp do zamkniętego kodu giganta.
Jednak inne raporty pokazują, że ta paranoja ma swoje granice. Większość chińskich przywódców jest pewna, że Internet nie jest ?niepowstrzymaną siłą otwartości i demokracji?. W kwietniu br., wkrótce po tym, jak Google uciekło z Chin, chińskie Krajowe Biuro Informacji przygotowało dla partyjnych dygnitarzy raport, w którym triumfalnie donosi, że dni wolnej Sieci się skończyły.
?W przeszłości wielu urzędników państwowych martwiło się, że WWW nie może być kontrolowane? ? pisali autorzy raportu. ?Jednak dzięki incydentowi z Google i innym działaniom na rzecz zwiększenia kontroli i nadzoru, takim jak konieczność rejestrowania się z nazwiska, osiągnięto zgodę co do tego, że na fundamentalnym poziomie WWW można kontrolować?.
Nie tylko kontrolować ? ale i wykorzystywać do swoich celów. Ostatni wyciek z Wikileaks pokazuje, że ataki hakerskie ze strony Chin przeciwko USA i jego sojusznikom sięgają 2002 roku, kiedy jeszcze o takich sprawach w ogóle publicznie nie mówiono. Ich ofiarami padały najwyższe amerykańskie instytucje państwowe. W 2008 r. z jednej z nich wyprowadzono ponad 50 megabajtów poczty elektronicznej i kompletną listę użytkowników i ich haseł. Z kolei w 2009 roku, podczas rozmów w sprawie zmian klimatycznych pomiędzy USA i Chinami, kluczowi przedstawiciele strony amerykańskiej otrzymali spreparowaną wiadomość pt. ?China and Climate Change?, z PDF-em zawierającym instalator furtki o nazwie Poison Ivy.